Strona główna
Dzisiaj jest: 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy
Pelcobrodno jako integralny organizm został brutalnie przepołowiony nasypem Kolei Nadwiślańskiej w roku 1872. Studiując stare mapy łatwo można zauważyć osie ulic Brodna i Pelcowizny idealnie się pokrywające, chociaż noszące odmienne nazwy. Pisać o zaraniu dziejów Brodna i Pelcowizny w porządku chronologicznym jest niemożliwe, choćby z braku dostatecznej ilości źródeł ikonograficznych. Zasłyszane strzępy faktów i domniemań nie zawsze będą prawdą historyczną. O wiele łatwiej wspominać atmosferę, styl życia, charaktery, pragnienia i ciągoty tych wielce rozwarstwionych grup społecznych, zróżnicowanych możliwościami konsumpcji.

Obyczaje patrycjatu są mało ciekawe, natomiast folklor plebejatu był zawsze burzliwy, tęczowo barwny i pełen urokliwej fantazji. I właśnie o tej kategorii społecznej spróbuję pisać obszerniej. Bródno bez przemysłu Pelcowizny nie mogło się normalnie rozwijać, z kolei bez uciech nadwiślańskich nie mogło zaznać radości letniego wypoczynku. Pelcowizna bez nawiedzania trzech kin i dwóch restauracji Bródna, oraz bez dwóch szkół średnich nie mogła myśleć o rozwoju duchowym. Obydwie dzielnice żyć bez siebie normalnie nie mogły. Bród bródnowski, być może przetarty przez kupców ormiańskich, którzy prawdopodobnie zazębiali się z karawanami Jedwabnego Szlaku, znajdował się w łęku ukształtowanym przez dwa strome brzegi Bielan i Żoliborza, w osi obecnych estakad mostu Grota Roweckiego.

Zapyta ktoś dlaczego gród i podgrodzie były tak daleko oddalone od dzisiejszego nurtu Wisły? Otóż trzeba pamiętać o topografii tamtych terenów X wieku. Olbrzymie obszary między grodem, a nawet Marymontem, były wiosną zalewane wodą. Rozlewiska Wisły, Brodnicy i pradoliny dzisiejszego Kanału Zegrzyńskiego przedstawiały sobą wielkie jezioro. Tak było wiosną. Budowniczowie zrębów grodu nie myśleli tylko kategoriami suchego lata. Minęła dekada wieków. Jeszcze za mojej pamięci, obok stacji Warszawa -Praga istniał ciek wodny porośnięty trzciną, w którym pływały kąty - rybki z rodziny ciemików. Wtedy też na pustych jałowych ugorach między rozjazdem estakady a elektrociepłownią w kilku oczkach wodnych rosły liście grządzieli i przepiękne wodne kwiaty nenufarów.

Te cudeńka natury podziwiałem podczas wycieczki przedszkolaków z jedynego na Pelcowiźnie przedszkola przy ul. Warmińskiej na posesji Pana Węgrowskiego. Tamże istniała sadzawka, w której udało mi się chwycić dorodnego karasia. Nowe Bródno i Annopol zostały zbudowane na wydmach porośniętych szeroką ostrą trawą zwaną wydmuchszycą. Resztki tych kęp można spotkać i dziś. Pewnikiem jest, że złupienie i spalenie grodu bródnowskiego w XI wieku było dziełem hord litewsko - pruskich, które wcześniej i później aż po rok 1480 zapuszczały się w etniczne ziemie Polan niszcząc np. daleki Lublin. Najazdów z reguły dokonywano jesienią. Dlaczego jesienią ?

Według Karola Szajnochy i innych historyków tamtego okresu, wyprawy północnych plemion miały głównie podłoże ekonomiczne. Pazerność mordów i gwałtów odgrywała również dużą rolę. Otóż złupione stada bydła, objuczone zdobyczą, jako takie były żywą spiżarnią, pozwalającą przetrwać głodną i srogą zimę. Dlaczego Litwini jak Polanie nie gromadzili zapasów polując na tury i łosie przed zimą? Do takich zbiorowych polowań konieczne były konie, dopędzające stada i dźgane włóczniami przez jeźdźców. Konie na północy były rzadkością, ponieważ nieliczne ich egzemplarze były spałaszowane poprzedniej zimy.

Obiegowe powiedzenie głodna Litwa sięga tamtych czasów i ma swoje historyczne uzasadnienie. Pamiętać trzeba, że Litwini nie byli wyjątkiem. Zarówno Polanie jak i inne plemiona, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, czynili to samo chociaż często w innych celach. Wiadomo, że Mazowsze, w tym okolice Brodna, pod względem gospodarczym plasowały się w tyle za Wielkopolską, Małopolską i Śląskiem, jednak dzięki dużej rozrodczości cechowały się największą ekspansją. Zasiedlali dziewicze ziemie Podlasia, Warmii i Mazur. Etymologia Bródna wzięta od brodu, jest powszechnie znana, wschodni trakt komunikacyjny również.

Natomiast istnienie poprzecznego ciągu handlowego obecnej ulicy Jagiellońskiej i szosy Jabłonowskiej wymaga omówienia. Otóż jeszcze w zamierzchłych czasach mojego protoplasty rodu - Piotra Dumna, czyli w pobliżu roku 1450, zaopatrzenie Warszawy i różnych osiedli skupionych wzdłuż Wisły dopływało drogą wodną. Produkty zbożowe jak proso, żyto i jęczmień były spławiane Bugiem tratwami z żyznej Wyżyny Lubelskiej. Zaś rzeką Narew w podobny sposób transportowano produkty Puszczy Myszynieckiej i Białej, takie jak mięso dziczyzny, skóry, miód, wosk, czerw oraz jantar otrzymywany w drodze wymiany od plemion Bałtów.

Stamtąd spławiano również smołę drzewną, dziegeć i terpentynę, pozyskiwane przez smolarzy kurpiowskich z dymiących mieleszy. Ważnym towarem było również drewno rzadkich gatunków jak cis i jawor. Produkty ciekłe pakowano do beczułek lipowych formowanych z jednolitego pnia. Wszystkie tratwy, ukierunkowane na południe, mogły spławiać się swobodnie tylko do Modlina. Przeciwny nurt Wisły nie pozwalał orylom nawet myśleć o dalszej podróży drogą wodną. Nęcąca i łatwa przeprawa na lewy brzeg Wisły pociągała za sobą konieczność dalszego podróżowania przez nieprzetartą, groźną Puszczę Kampinowską.

W owym czasie mała Warszawa nie była jedynym rynkiem zbytu. Spora część tratew płynęła nurtem Wisły na północ do Torunia, a może do Gdańska. Oczywiście droga wodna w górę Wisły do Warszawy była żeglowna, jednak tylko na dłubankach - wąskich i długich łodziach popychanych skórzanym żaglem. Transport dużej masy ładunków był niemożliwy. Modlin więc był kresem transportu wodnego i przymusową stacją przeładunkową. Bezużyteczne tratwy powierzano falom Wisły. Flisacy, zaopatrzeni w sól z żup Wieliczki i wyroby żelazne, wracali łódkami po nowy przygotowany już towar. Dalszy transport, już kołowy, na leśnej drodze Modlin - bród bródnowski, odbywał się dwukółkami ciągnionymi przez woły.

Woźnicami nie byli kmiecie prowadzący stacjonarny, zachowawczy styl bytowania. Mogli nimi być tylko chudopachołkowie wolni, wywodzący się z osiedli nadwiślańskich. Być może byli mieszkańcami Modlina, Warszawy, Jabłonny, Golędzinowa czy Bródna. Czemu nie był to zaprzęg konny? Otóż po pierwsze, wg Aleksandra Bocheńskiego "Początki przemysłu w Polsce" za pociągowego woła płacono tylko 2 zł. 30 gr., natomiast za konia trzeba było bulić 11 zł. Należy pamiętać, że ówczesną złotówka oparta na kopie, była równowartością 60 gr. Koń był narowisty, kapryśny, wół zaś jako zwierzę błotne, ze swoim spokojem i małymi wymaganiami był niezastąpiony. A jaka była konstrukcja wozu? Chomąta były nieprzydatne, wystarczyło drewniane karkowe lub czołowe jarzmo.

Dwa koła zbijane z trzech warstw dwucalowych desek spajane drewnianymi dyblami, były bose, nie okute żelazną bednarką. Oś oczywiście dębowa lub grabowa. Denka grubości trzech cali wykonana z lekkiego drewna topolowego. Nadwozie drabiniaste, wyplatane wikliną. Dwa dyszle zamocowane na stałe do denki i jarzma ograniczały niepożądane ruchy bydlęcia w kierunkach bocznych. Bardzo prosty układ hamulcowo - kierunkowy składał się z kołka wbitego w nozdrza i lejców. Dociekliwych odsyłam do wspaniałego, posępnego obrazu Aleksandra Gierymskiego "Pogrzeb chłopski" Mistrzowsko zobrazowany pojazd zaprzęgnięty w siwego woła jest żywcem wzięty z X wieku. Aż dziw, że taka konstrukcja przetrwała dekadę wieków do czasów malarza.

Wozy uformowane w karawanę wlokły się z Modlina do brodu bródnowskiego prawdopodobnie dwa dni. Przebyta przez poganiaczy wołów droga napawała ulgą. Mieli za sobą zbójeckie bory Jabłonny, oraz leśne wertepy. Tu przy rozstajnych drogach przy brodzie mogli przenocować na słomie pod słomianym dachem, napaść woły sianem wtroić jagła i krupy, przekąsić wędzonym udźcem sarnim, dopełnić rzepą, pokrzepić się chmielnym piwem. Kartofli jeszcze nie znano - zastępowała je rzepa. W tym czasie na drugiej półkuli Krzysztof Kolumb dopiero dopływał do psiankowych plantacji Thaiti.

Jak byli ubrani owi poganiacze? Świetnie zachowane pasy skórzane, którymi się przepasywali ze śladami odstępów regulacyjnych pozwalają mniemać, że byli drobnej postury. Odzież zimowa to kaftan lniany grubo tkany lub lniano - wełniany, gdzie osnową była nić lniana, natomiast wątek stanowiła nić wełniana. Spodnie lniano -wełniane lub nierzadko skórzane. Onuce dość długie pozwalające opasać kostkę i sięgające nieomal łydki, utwierdzone krzyżującymi się rzemieniami. Kożuch rzadko barani noszony często mizdrą do zewnątrz. Ciżmy juchtowe, formowane z jednego fałata skóry. Z natury kosmaci latem nie używali czapek, zimą głowę zwieńczali futrzanymi uszatkami.

Oceniali wartość bursztynowych i mosiężnych ozdób. Lubowali się muzyką piszczałek, bębnów i dwustrunowych smyczkowych gęśliczek. Wiara katolicka była ich pokrzepieniem duchowym, mimo to parapsychologia pod postacią diabłów, umarlaków, duchów, strzyg, wiedźm i innych okropności drążyła ich umysły. Bojaźliwi nie spali nocami. Insekty trapiły ich zawsze. Po odpoczynku w stanicy rozstajnych dróg i wstępnej wymianie wosku, jantaru i czerwiu na precjoza oferowane przez kupców ormiańskich, jechali dalej do bliskiego już celu podróży. Krzyżujące się błotniste trakty rozstajnych dróg wiodły w prawo przez bród ku licznym młynom Warszawy.

Spora część wozów kierowała się dalej na południe traktem dzisiejszej ulicy Jagiellońskiej, znęcona nie tylko zabudowaniami miejskimi Pragi. Otóż za brodem była wielce urokliwa osada trochę garbarska, trochę rozrywkowa : Gołe Dziwki • Golędzinów. Tam oczekiwały powabne panie wiecznego zawodu, pochodzące z miejskiego chłamu społecznego Pragi. Ich kształty Wenus z Willendorfu nęciły każdego. Ciekawe, że miejsce to zachowało swój charakter do lat czterdziestych naszego wieku. Sława "Czarnego Parkanu" Golędzinowa była znana wszystkim mieszkańcom odległych dzielnic. Tamże zbywano skóry surowe.

U bram Pragi na towar oczekiwali pośrednicy żydowscy, handlarze, garbarze, młynarze i kaletnicy. Po osiągnięciu Pragi wszystkie surowce powinny być wymienione na potrzebne towary lub sprzedane. Chaos monetarny utrudniał obliczenia, pewniejsza była wymiana towarowa. W tych latach mostu łyżwowego jeszcze nie było, zbudowano go dopiero w roku 1750 - nawet gdyby był myto mostowe byłoby bardzo wysokie, z racji groźby niszczenia mostownic przez racice półtonowych wołów. Wozacy wracali z beczkami wypełnionymi solą i wyrobami żelaznymi powrotną drogą: Golędzinów - Bródno - Jabłonna - Modlin. Opisane wyżej poczynania zbiorowości zbliżonej do brodu i Bródna należą do okresu historycznego chętnie penetrowanego przez wspaniałego historyka Pana Profesora Janusza Tazbira, mojego wielkiego rówieśnika. Usilnie polecam Jego rzetelne rozprawy historyczne.

Polikarp Kazimierz Dunin-Błaszkowski

Fundusze Europejskie Forum Przedsiębiorców na Targówku    park rzezby Społeczna Rada Kombatancka  Dzielnicowa Komisja <br />
      Dialogu Społecznego

system powiadomień    epuap    Karta Dużej Rodziny




 


Serwis www.targowek.waw.pl korzysta z plików cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania - przeczytaj naszą Politykę Prywatności. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. 
[RODO] Klauzula informacyjna o przetwarzaniu danych osobowych
W związku z realizacją wymogów Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych „RODO”), informujemy o zasadach przetwarzania Pani/Pana danych osobowych oraz o przysługujących Pani/Panu prawach z tym związanych [dowiedz się więcej...]